“Jesteś moją klątwą i przekleństwem
niedokończoną przyjemnością
przegryzioną wargą… do krwi

jak oszołomiony wicher
omijam oka Twojej sieci
wieję tylko tam, gdzie mam ochotę
wieję tylko tam, gdzie mam ochotę
sama dobrze wiesz, gdzie…”

Chyba mnie natchnęło :) siedzę sobie sama, w ciemnym pokoju, palą się świece, kadzidło juz się skończylo… I właśnie wskoczyła mi moja jednaz ukochanych piosenek… toz niej pochodzi wyżej wymieniony cytat :)) i gdy patrzylam się na ten śmieszny, skaczący płomień i usłyszałam te słowa, coś w mojej głowie drgnęlo…

Ze dwa lata temu, na wspaniałym przedmiocie, jakim była informatyka medyczna, nasz przemiły pan zadał nam pytanie: “jak myślicie, jaka część ciała odpowiada za kochanie?” więc my odpowiedziałyśmy chórem “seeeeerceee” :D (nasi koledzy dyplomatycznie milczeli ;>) a nasz wspaniały pan odpowiedział: “no właśnie, i nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej, jak Wam koledzy będą mówić, że jest… “… To takie miłe wspomnienie, wesołe… Czy ciekawe nie wiem, ale przecież nie wszystko musi być najciekawsze pod Słońcem… :))

Jak to z Tą miłością wg cioci Agaty jest…

…na studiach uczą mnie, że miłość to nic innego jak cały ciąg reakcji biochemicznych poprzedzonych przez reakcje związek-receptor w mózgu, wyzwalające właśnie te ciągi biochemiczne… Nawiasem mówiąc, reakcje starsznie podobne do reakcji wyzwalanych przez amfetaminę… Sporo w tym logiki… Bo czyż nie jest tak, że gdy się zakochujemy nie musimy spać, nie musimy jeść, wyrabiamy 300% normy każdego dnia, a gdy widzimy osobę, którą kochamy, zapominamy o całym świecie, a gdy jej nie ma zaliczamy totalny zjazd…by potem znów wznieść się na wyżyny i bujać w chmurach… Po pewnym czasie już nie lecimy tak wysoko, bo nasz mózg przyzwyczaja się do podawanych mu dawek narkotyku…i zaczynamy zupelnie normalne, codzinne życie…Razem… A gdy kogoś nagle zaczyna brakować, to wtedy zjazd jest o wiele większy i jak już minie zespół abstynencyjny, zaczynamy szukać naszej nowej amfetaminy… I tak naprawdę to tylko ludzie pięknie nazwali to miłością… a to poprostu zwykly, fizjologiczny proces…

…ciocia Agata, wieczna romantyczka nie do końca się z tym zgadza… no bo jak to tak… tylko parę związków chemicznych, kilka enzymów, jakieś przemiany i zmiany konformacji… wtedy to byśmy się zakochiwali w każdym, kto wydzielaferomony, które pasują do receptorów naszego mózgu…i tyle… koniec… Przecież to niemożliwe… NIEMOŻLIWE …gdyby tak było, to ludzie by sie zdradzali na okrągło i kochali po kilkanaście osób naraz… a czy wtedy taki stan rzeczy możnaby było nazwać miłością?

a jaki stan miłościa określa ciocia Agata… a więc..yyyyy.. :D to takiiii staaan…., w którym…yyyyy… :D :D :D gdy widzimy, myślimy, jesteśmy blisko, śpimy, jemy, pijemy, bawimy się, płaczemy, spacerujemy, uczymy się, nie robimy absolutnie nic, uprawiamy… sport, wychodzimy na spacer z psem, karmimy łabędzie w parku (bułką :D), kupujemy, sprzedajemy, kąpimy się, odwiedzamy znajomych, pracujemy, uśmiechamy, śmiejemy, wariujemy, podróżujemy, patrzymy w gwiazdy, przytulamy się, dotykamy, całujemy, pieścimy, kochamy… ale też wtedy, gdy jesteśmy daleko, zajmujemy się swoimi sprawami, sobą, czasem zawisimy oko na kimś innym, rozmawiamy nie tylko ze sobą, mamy kawałek świata tylko dla siebie… podsumowując, zawsze, gdy w naszym sercu, głowie, wątrobie, każdej częsci tej naszej skorupki, w każdej komórce jest tylko ta jedna i jedyna osoba, która jednak nie całkowicie przesłania nam widok na świat…tylko dzięki temu,że jest otwierają sie nowe horyzonty i mamy coraz więcej przestrzeni, mimo, że całym naszym światem jest właśnie ta jedna, konkretna osoba…ta, dzięki której chcemy żyć pełnią życia, poprostu żyć, chcemy się cieszyć, radować, uśmiechać i śmiać…ale również tak, przy której nie musimy się wstydzić naszych słabości, naszych wad (których jest całe mnóstwo), tego, że jest nam źle, że mamy problemy (te małe i te, z którymi nie dajemy sobie rady sami), że potrzebujemy pomocy, że jesteśmy chorzy, zdenerwowani, wściekli, rozkojarzeni i co kto sobie jeszcze wymyśli…
…i jeszcze jedna ważna rzecz…nie najważniejsza…ale jednak ważna…bardzo ważna… to też osoba, do której czujemy zwykły, jakże zwierzęcy pociąg seksualny… to te właśnie feromony, połaczenia nerwowe, bodźce i wszystko, co sprawia, że właśnie ta osoba poprostu nas kręci :)) …moim skromnym zdaniem żadna miłość nie przetrwa, gdy nie rozwinie się jej fizyczna strona… tak już jesteśmy zaprogramowani stety, niestety (jak dla mnie stety), że musimy zaspokajać swe potrzeby…fizyczne, ale i mentalne także… a gdy są one zaspokajane, to wtedy jesteśmy szczęśliwi i nie dostarczamy sobie dodatkowej porcji frustracji, a każdy wie, ze frustracja równa się stres (zabójca XXI wieku)… Tak więc miłość, ta pełna, uwalnia nas w dużej mierze od zagrożenia jakim jest stres… (dobrze, że to niejest naukowa publikacja, bo by mnie powiesili :D)…i sprawia, że dłużej żyjemy…:))

Tak więc kochajmy się, mentalnie, fizycznie, paranormalnie, onomatopeicznie, chemicznie, biologicznie, historycznie, dziko i delikatnie, namietnie i czule, miekko i ostro…dobra, dobra, poniosło mnie :)) kochajmy się przede wszystkim po swojemu :)) a będziemy najszcześliwszymi ludzikami pod Slońcem… i nie narzekajmy…choć czasem jest ciężko… i walczmy o naszą miłość…nie unośmy się honorem, głupim honorem i głupią dumą, kłóćmy się i gódzmy, przyciągajmy, odpychajmy i przyciągajmy :))) i róbmy wszystko, by miłość w nas kwitła…

…piosenka już dawno minęła, wosk wylał mi się na stół, a mnie oczy zaczynają się kleić powoli…więc życzę dobranoc na dzisiaj…

cebula