…znów palę świeczkę… i patrzę sobie właśnie na owady, które lecą do ognia… …i giną…albo topią się w wosku, gorącym na dodatek albo wlatują wprost w płomień i się spalają… i tak się właśnie zastanawiam, co sprawia, że mimo tego, że muszą czuć ciepło a potem gorąco ognia (jakby nie było – zagrożenie) lecą do niego bez większego zastanowienia… a gdy im się nie uda za pierwszym , drugim, trzecim czy czwartym razem, z jakiegoś tam powodu, to próbują i próbują, aż w końcu osiągną swój cel…światło…
za jaką cenę?

…a czy z nami nie jest podobnie? Czy nie poświęcamy siebie samych, swojego zdrowia, czasem życia, żeby coś osiągnąć, żeby być “fajnym”, żeby…(powodów jest mnóstwo…)?
W tym roku miałam możliwość, ale też i przyjemność rozmawiać z ludźmi, którzy poświęcili rzecz najcenniejszą – zdrowie… Dla czego? Czemu tak hołdowali przez prawie całe swoje dotychczasowe życie? Money, money, money…. Nic dodać, nic ująć… od większości z nich słyszałam, że “nie mogą narzekać”, że “żyją lepiej od innych”, że “mogą sobie pozwolić na życie ponad stan” i że wszystko zawdzięczają samym sobie…
Poznałam też takich, którzy mieli inny cel…zabawę…sex, drugs and rock’n'roll…tylko to się liczyło…bo niby “kiedy mają się bawić”, przecież “są młodzi i takie ich prawo”
…każdy z nas zna też takich, których żywiołem jest prędkość… i totalnie nieostrożna jazda, wyprzedzanie na przysłowiowe lusterka, na trzeciego, wpychanie się.. wszystko z niebagatelną szybkością ponad 180, 190, 200… i więcej…czasem nieco mniej…bo przecież oni jeżdżą już rok, dwa czy trzy lata …bo się śpieszą …bo przecież to jest zajebiste…patrzeć, jak pasy rozdzielające jezdnię uciekają w zastraszającym tempie…a jak Cię wtedy wszyscy szanują, zwłaszcza kumple…:D
…znamy też takich, co za wszelką cenę chcą udowodnić innym, że są odważni i wszystko potrafią… nawet skoczyć do wody, o głębokości której nie mają zielonego pojęcia…

…Ci sami ludzie w tej chwili, dopiero teraz się zastanawiają… …musiało się stać coś złego, żeby zaczęli sie zastanawiać… albo ich organizm nie wytrzymał, zwłaszcza serce… i nagle w wieku 40 paru lat “zdarza” się zawał, uszkodzenie serca, którego naprawić nie można i życie ratuje tylko przeszczep, czy przełom nadciśnieniowy (dla niewtajemniczonych, nagły, bardzo duży skok ciśnienia, który może doprowadzić nawet do nagłej śmierci), nerwice, depresje, czy bardziej przewlekłe, ale niebezpieczne schorzenia…
Ci pozostali nagle zauważają lub nie zauważają, że bez zabawy, alkoholu czy dragów to już nic nie ma sensu, trudno wstać z łóżka, o niczym innym nie da się myśleć…w pewnym momencie pojawia się uzależnienie…
O naszych ukochanych piratach drogowych to chyba nawet nie trzeba mówić…oni zwykle opamiętują się po wypadku, który przeżyją lub w który zdarzył się komuś (najczęściej znajomemu) i ten ktoś zginął… wtedy przychodzi chwila refleksji… i w pozytywnym wypadku ktoś zmienia trochę swoje postępowanie…
…lub kiedy po skoku do wody nagle nie można ruszać nogami, czasem rękami…i jedynym wyjściem jest wózek lub łóżko…

…smutne…nawet bardzo…ten cały wywód nie jest oparty na moich doświadczeniach… jedynie na obserwacji, spostrzeżeniach, rozmowach z ludźmi…

…jeśli o mnie chodzi, to jedyne, co przeżyłam, kiedy byłam takim owadem lecącym do światła, był moment, jakieś 2 lata po odebraniu prawa jazdy, kiedy to poczułam się “naprawdę pewnie” za kierownicą i wydawało mi się, że już wszystko umiem i żadne doświadczenie mi nie potrzebne… i jeździłam jak wariat (tzn w granicach, na które pozwalał mój samochód)…do czasu, gdy pewnego pięknego dnia, pewien pan nie wychylił się z zza ciężarówki, a ja jechałam za szybko, by cokolwiek zrobić, jedyne, co udało mi się chyba, to zjechałam w bok, na tyle, ile mogłam, bo zderzyliśmy się lusterkami…i dopiero po powrocie do domu (bo w międzyczasie było czekanie na drodze na policję, w tym samym czasie “strasznie przyjemna” dyskusja z tym facetem (bo chciał całą winę zwalić na mnie, choć ona leżała po jego stronie w większości), wizyta na posterunku, dmuchanie w balonik i podpisywanie papierów), gdy zauważyłam głęboką rysę na swoich drzwiach, na wysokości swoich oczu… dopiero wtedy dotarło do mnie, że brakowało dosłownie kilku cm, żebyśmy sie zderzyli… co wtedy zrobiłam? …usiadłam na schodach ..i się rozpłakałam….
…już dzisiaj nie jeżdżę tak…

…po co to wszystko? …tak naprawdę to nie wiem… przecież jednym takim małym wywodem wywołanym przez głupie robaki świata nie zmienię… to tylko taka dygresja… może komuś zostanie w głowie jakaś malutka część…cokolwiek…i oszczędzi mu tych przykrych doświadczeń… choć wiadomo, że najlepiej uczymy się na własnych błędach…

…aha…absolutnie nie mam na myśli tego, że mamy sobie odmawiać przyjemności w życiu, wygłupiać się czy “dorabiać się”…bo to nie o to chodzi… ważne jest tylko to, żeby umieć zachować mniejszy lub większy umiar, healthy balance, równowagę czy jak to sobie sami nazwiemy…

…bo czy naprawdę warto ryzykować tak bardzo dla chwili, dosłownie chwili?

…a robaki nadal przylatują i się palą lub topią…

cebula