Za siedmioma farmami, za siedmioma bagnami, za siedmioma korytami żyła sobie świnka. Nie byle jaka to była świnka, bo widziała pomarańcze, a nawet niebo. Wszystkie świnki zachwycały i zazdrościły jej również bardzo dobrej, wręcz eksperckiej, wiedzy na temat wszelkich rodzajów pieprzu. I tak, umiała bez kichnięcia, rozpoznać pieprz biały, czarny, kolorowy, czosnkowy, a nawet ziołowy. Niezwykła to była świnia.

Młodość, spędzona na zabawach, potańcówkach i pijaństwie, nie zapowiadała niczego niezwykłego. Urodziła się w zwykłej chłopskiej rodzinie z przeznaczeniem na mięso – wieprzowe rzecz jasna. Była różowiutka, malutka i głupiutka. I tak by było pewnie aż do śmierci: koleżanki nie zazdrościłyby jej wiedzy o pomarańczach, niebie ani pieprzeniu… to znaczy pieprzu, gdyby pewnego dnia w gospodarstwie nie pojawiło się UFO.

UFO jak to ufo. Niezidentyfikowany obiekt latający. Spodek, zielone ubranka, anteny w kasku etc. Nic specjalnego – taka zwykła cywilizacja, nieco inteligentniejsza od owych świń, które przyleciała obejrzeć. Oglądały, podglądały, oceniały te zielone ludy i wymyśliły. Ogłoszą konkursiwo. Dla jednej ze świń przewidziano nagrodę: bliskie spotkanie III stopnia typu G (“wzięcie”) – w skrócie CE-III-G, dzięki któremu dostanie: jedną, lekko nadgryzioną zgniłą pomarańczę, przelot hulajnogą po niebie i jeszcze jakiś mały bonusik na koniec w postaci encyklopedii pieprzu.

Świnie jak to świnie. Każda chce być wyjątkowa. Zbierają się, trenują, napinają muły, prężą tłuszcze przed lustrem, poprawiają zakręcony ogonki – słowem – wyprawiają cuda nie widy żeby wypaść jak najlepiej, choć jeszcze nie wiedzą co to w ogóle za konkursiwo będzie.

I tylko jedna, mała świnka, nie przejęła się tym bardzo. Czytała w zaciszu swego domostwa, miała nadzieję, wierzyła i marzyła. I jeszcze piła na umór jakieś wytworne truny z koryta.

I przyleciały ludy zielonego dnia konkursiwowego, żeby wyróżnić szczęśliwca. I ogłosiły zasady konkursiwa. I rozgorzała walka.
Nie na miecze, nie na słowa, ani też głupie miny. Walka toczyła się na odwagę, na odwagę marzeń, na wielkość nadziei w dobro i wiarę w uśmiech. Niektóre świnie poległy w przedbiegach, inne zaraz po starcie, do fazy pucharowej weszły nieliczne. Tu dopiero były emocje, walka, krew się lała, gwiazdy z nieba spadały, napięcie się napinało. Niektórym z wrażenia aż stanęło… serce, bo nie wiedzieli, że można tak żyć i ich serce pękło z zazdrości o życie. Mimo całej walki, zwycięzca był jeden – najlepszy świniomarzyciel.

I wygrała najmniejsza o największym sercu. I dostała prawie całą, lekko zgniłą pomarańczę, encyklopedię pieprzu oraz przelot hulajnogą po niebie. Radowała się niezmiernie, była bardzo szczęśliwa i uśmiechnięta. Głupkowaty uśmiech nie schodził jej z ryja. Miała o czym opowiadać kolejnym pokoleniom prosiąt. Każda świnia podziwiała jej pogodę ducha i serca a sama świnka żyła długo i szczęśliwie, dopóki, jak każda jej towarzyszka, nie trafiła do rzeźnika. Umarła jak każda, żyła jak żadna.
I na tym kończy się bajeczka o marzeniach, nadziei i podjętym ryzyku walki.

fou