Lubię patrzeć na ludzi, lubię się do nich uśmiechać, a już najbardziej lubię patrzeć ludziom w oczy. Sprawia mi to nieopisaną wręcz radochę… Uwielbiam to po prostu – to nie żadne zboczenie, ale lubię oglądać ludzkie reakcje, lubię oglądać cały ten ludzki teatrzyk…

Jakoś zauważyłam jednak że ludzie wstydzą się takiego bezpośredniego kontaktu wzrokowego. Może i boją bo ponoć z oczu można wyczytać wszystko? Przeciętny rozmówca patrzy tępo przed siebie i odpowiada półsłówkami, rzuca jakimiś gotowymi tekstami, hasłami bez znaczenia. Ciężko w ogóle dogadać się z ludźmi a co dopiero dopatrzyć czegokolwiek w ich spuszczonym wzroku. Jednak jak się uda to jest to niezła zabawa. Dlaczego?

To, co widać w oczach prawie nigdy nie pokrywa się z tym, co ludzie mówią. Zresztą mi nie chodzi o to by z ludzkiego wzroku dowiedzieć się o rozmówcy jak najwięcej. Nie obchodzi mnie jego stan konta w banku czy numer buta (zresztą z oczu i tak nie wyczytam). Po prostu patrząc w oczy widać czy ktoś mówi prawdę czy nie. Czy mnie słucha czy też ma mnie gdzieś. Jak można rozmawiać z kimś i w międzyczasie sprawdzać czy buty są na pewno dobrze wypastowane lub też podziwiać przelatujące muchy…

Wkurza mnie coś takiego… ludzie nie mają czasu pogadać, jak już zdecydują się wymienić parę słów to kończy się na wymianie grzecznościowych formułek… W głowach im się nie mieści że tak bez powodu można by podyskutować. Wszędzie szuka się jakiegoś podtekstu. Skoro patrzę ludziom prosto w oczy to pewnie z policji jestem, albo ze skarbówki, albo Jehowa…. Tak dziwne ale prawdziwe….

Uśmiechnij się do kogoś tak bez powodu… spróbuj… Wiesz co się dzieje w tym momencie? Otóż: głowa w dół i zaczyna się intensywne myślenie: może wariatka? pewnie se mnie z kimś pomyliła, podobam się…

Ciekawi mnie kiedy ludzie dojdą do tego, że spojrzenie w oczy nie jest narzędziem… nie musi mieć podtekstu… ono po prostu może być… istnieć… jako zwykły ludzki odruch… taki odruch,
po którym nasz świat choć przez sekundkę stanie się… bardziej ludzki…! Bardziej ludzki… nawet wśród obcych sobie ludzi…

Kiedyś nie potrafiłam rozmawiać przez telefon. Trudność mi sprawiało rozmawianie z kimś bez kontaktu wzrokowego. Powoli jednak doszłam do wprawy, w końcu z głosu rozmówcy też można wiele się dowiedzieć… Internet? Kolejny środek do porozumiewania się bezwzrokowego, mniej więcej opanowałam też. Jednak bez telefonu i Internetu można żyć… Bez kontaktu takiego bezpośredniego z drugim człowiekiem, bez pogaduszek na ławce, w kolejce czy też u lekarza – ja bym nie potrafiła przetrwać dłużej niż tydzień.

Tak się zastanawiam czy gdybym miała możliwość porozmawiać i popatrzeć w oczy ludziom których słyszę tylko przez telefon, lub też znam tylko z neta, czy to zmieniło by cokolwiek???… Wiem kontakt może stać się bardziej koleżeński, ludzki, czy jak to nazywają trenerzy wewnętrzni – profesjonalny… [swoją drogą zawrotną karierę robi to słowo w naszych słownikach – teraz już wszystko może być profesjonalne… ostatnio nawet spotkałam się ze sformułowaniem profesjonalny pies pasterski. Ciekawe jednak co by z takiej konfrontacji wyszło??

Po co o tym wszystkim pisze zanudzając z leksza? Dzisiaj na 26 osób, które spotkałam podczas przejażdżki rowerkiem tylko 2 mi popatrzyły w oczy (jeden to dziadek po 70, druga to sprzedawczyni w kiosku). Zastanawiałam się dlaczego? Czy jestem dziwna? Czy zbyt
wiele oczekuje od ludzi? Dalej nie wiem… Jak już wcześniej wspomniałam nie jestem zboczona ale kontakt wzrokowy czy fizyczny jest tak naturalny że według mnie szkoda aby się gdzieś zatracił tylko dlatego że w inny sposób szybciej, mniej kłopotu itd. Może ktoś mi wyjaśni o co w tym wszystkim chodzi? Bo ja taka trochę głupia, trochę mądra ale się jakoś w tym wszystkim pogubiłam…

a.Kasia