…jest to post, który pisałam bardzo, bardzo długo z licznymi przerwami :))) spowodowanymi niemocą twórczą…dzisiaj go skończyłam :)))) ale wszystko, co jest niżej nie zostało zmienione… dopisałam tylko jeden akapit… o ciąży…a potem reszta popłynęła niespodziewanie :)))

Hmm…o czym to ja miałam…nie o długiej przerwie, która wytrąciła mnie z rytmu i nie pozwala po prostu siąść i zacząć stukać w klawiaturę…bez zastanowienia jak zacząć…


…szczerze mówiąc, pisząc raczej… od dawna już miałam pisać o szczęściu…niestety pewne wydarzenia w moim życiu, domu…ogólnie…nie natchnęły mnie zbyt pozytywnie… raczej odepchnęły od wszystkiego, co można by nazwać szczęśliwym i radosnym…no, ale już jest lepiej…znacznie :) …więc może akurat dzisaj się uda :))))
(wtedy się nie udało…dzisiaj kolejne podejście?przyp autora :) )
…czym ono jest…najprościej mówiąc, jest stanem emocjonalnym, w którym we krwi mamy dużo endorfin, czyli substanji, które w znacznej mierze uprzyjemniają nam życie :) ..to trochę tak, jakbyśmy byli na wiecznym haju :) dziwna to sprawa…niby to takie proste, ale jednak u każdej osoby jest zupełnie inaczej…wyzwalane przez zupełnie inne bodźce, zupełnie inaczej przeżywane, zupełnie inaczej uświadamiane, zupełnie inaczej odczuwane…bo wszystko i tak jest zaprogramowane od chwili naszego poczęcia… już wtedy można określić, czy mamy szanse być ludźmi szczęśliwymi czy raczej będziemy mieć skłonność do depresjii… wszystko zależy od ilości enzymów, które pozwolą nam na produkcję endorfin…i od substancji, które będą potencjalnymi substratami w tej syntezie (ilość tych drugich nie zależy już bezpośrednio od naszego składu genetycznego, ale od nas samych…a raczej od dostarczania ich z zewnatrz)…a także od tego, czy mamy wystarczająco dużo sygnałów z zewnątrz, żeby dać sygnał do owej syntezy :) … wniosek… sami sobie wyciagnijcie :)))

…ponadto jest jeszcze jedna sprawa…gdzieś słyszałam..chyba moja znajoma mówila, że gdzieś czytała, że nasze skłonności do depresji, szczęścia, pewność siebie, poczucie humoru…nie wiem, co jeszcze, ale jeszcze coś na pewno…zależą do tego, w jakim stanie emocjonalnym była nasza mama, gdy siedzieliśmy sobie w cieplym, mokrym brzuchu i o nic jeszcze nie musieliśmy się martwic, o nic walczyć, takie high life with no stress :)))…bo gdy mama miała jakieś problemy, jakieś stresy, to wtedy taki nowonarodzony człowieczek może mieć sam problemy w późniejszym życiu…głownie chodzi tutaj o bardzo male poczucie bezpieczeństwa, niski poziom pewności siebie i tendencję, do rozwijania stanóww sprzyjających depresji i samej depresji…

…o czym ja miałam…

…pomądrzyłam się trochę, więc teraz trzeba pofilozofować…

…szczęście jest proste…

..tak, śmiem twierdzić, że szczęście jest proste… wiele osób może mi zarzucić, że pozwalam sobie na to, bo nigdy mi niczego nie brakowało… to prawda…zawsze miałam co jeść, nie chodziłam zaniedbana, większość moich zachcianek (tych w granicach rozsądku) zostawała spełniona…ale to nie do końca tak, że niczego nie brakowało… kto mnie zna i trochę wie o moim życiu, wie, czego tak naprawdę mogło mi brakować…

…być może to właśnie przez to, co przeszłam, mając 11, 12, 13 i więcej lat…w zasadzie do teraz i pewnie jeszcze przez wiele lat będę przechodzić, mam tą czelność twierdzić, że szczęście jest proste… czemu?? … bo według mnie do szczęścia nie prowadzą pieniądze, ilość i jakość posiadanych mieszkań, domów, telefonów, samochodów, wszelkiego rodzaju sprzętów, władzy, pieniędzy,…, czegokolwiek, co można dotknąć, obejrzeć, poczuć…wszelkiego, co namacalne…nie mówię, że to nie jest ważne,bo skłamałabym…to ważne, nawet bardzo, bo pozwala nam normalnie i spokojnie żyć… więc dlaczego o tym wspominam…hmm…bo wielu ludzi się gdzieś pogubiło…gdzieś się zagapili..w tej pogoni…właśnie…w pogoni za czym?? Za pieniędzmi czy szczęsciem? …niestety z moich obserwacji wynika, że te dwa słowa w pewnym sensie stały się synonimami… bo podobno bez pieniędzy nie ma szcześcia…a im jest ich więcej…tym człowiek czuje się bardziej szczęśliwy…a czy one nie powinny być tylko dodatkiem ułatwiającym życie? …hmm… …

…czym jest szczęście dla mnie… nie potrafie tego dokladnie określić…sprecyzować… ale kiedy ktoś się zapyta, czy czuję się szczęśliwa, bez wahania odpowiadam, że jestem… bo tak się właśnie czuję…dlaczego? …odpowiedzi jest mnóstwo…bo rano się budzę, otwieram oczy i widzę, nasłuchuję i słyszę, wciągam powietrze nosem i czuję, zsuwam nogi z łożka, wstaję i mogę chodzić, sama się ubrać, umyć i wyjść na dwór…gdzie czeka na mnie magiczny i piękny świat…który jednak trzeba odkryć, przechodząc przez tą całą zasłonę z szarości, beznadziei, przygnębienia i nijakości… ale wystarczy głebiej odetchnąć, szerzej otworzyć oczy, wytężyć słuch i po prostu czuć…całym sobą…to naprawdę da się zrobić…wystarczy sprobować… a uśmiech sam pojawi się na twarzy…a w środku da się poczuć takie błogie ciepło…to według mnie jest prawdziwe szczęście…

…teraz powstaje pytanie…co z ludźmi, którzy nie widzą, nie słyszą, nie czują, nie mogą wstać o własnych siłach nie mówiąc już o samodzielnym ubraniu się, umyciu czy wyjściu na dwór… ze względu na moja przyszłą profesję oraz to, ze już teraz mam z takimi ludźmi do czynienia…to zależy…dla nich szczęscie też jest proste… tylko, że oni go zostali pozbawieni…ale nie zawsze… ostatnio rozmawiałam z Panem z licznymi zmianami nowotworowymi…w zasadzie licznymi przerzutami wywodzącymi się nie wiadomo skąd…tak się zdarza… paskudna postać nowotworu, którego nie da się wyleczyć…w każdym razie ten Pan nie uważal, ze pozbawiono go szczęscia… powiedział mi, że życie swoje przeżyl najlepiej jak umiał i nie żaluje…i że jest szczęśliwy…bo wychodzi na przepustkę, bo bardzo mu zależalo na tym, by jeszcze raz iść na grzyby, bo to kocha… …niby nic wielkiego… dla niego była to najważniejsza rzecz na świecie… i gdy go widziałam, gdy na tę przepustkę wychodził, to czuć było od niego szczęście… wiem, to jeden przypadek… zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszyscy chorzy czy umierający są w tak dobrym stanie… większośc jednak wpada w depresję, traci wszelkie siły i czeka na nieuniknione… z tymi jestem całym sercem…bo im jest najciężej… nie mogę powiedzieć, że ich rozumiem, bo nie rozumiem…jak pisałam wyżej, jestem zdrowa…ale kto wie, co mnie czeka kiedys…

…do czego zmierzam…do końca, jak wszyscy… :))

…posumowując…może apelując… nie gońmy za szczęściem, tylko odnajdźmy je w sobie… postarajmy się o nie, powalczmy o nie…a będzie tylko nasze i nikt nam go nie zabierze…i stanie się właśnie dlatego najcenniejszym skarbem, jaki będziemy posiadać…pewną inwestycją poczynioną na przyszłość…
znajdźmy sobie coś, to pokochamy… pasję…
uwierzmy w coś…wiara pomaga…bo trzyma przy życiu niejednokrotnie…
kochajmy innych
nie bądźmy okrutni
bądźmy szczerzy i dobrzy…


nic tak nie uszczęśliwia jak odnalezienie choćby cząstki dobra w sobie… bo przecież nikt nie rodzi się zły… z natury jesteśmy dobrzy…więc jeśli o tym zapomnimy, to szukajmy aż znajdziemy…a jak już znajdziemy, to pilnujmy jak oka w głowie :))))
ja trzymam kciuki :))))

cebula