W Warszawie, w okolicach metra zagnieździła się dziura. Wielka ogromna i pot z niej nie spływa. Czasoprzestrzenna. A groźnaaa…jak cholera… albo i dżuma! Nigdy takiej nie widziałem. Przenosi cię do innego wymiaru, z jasnego nagle do całkiem nowego… wymiaru ciemności i grozy, wymiaru nocnych najstraszliwszych koszmarów. Czujesz się totalnie zdezorientowany, jakbyś usnął, nie wiedział co się z tobą dzieje, nie wiesz co robić, gdzie iść, ani czy wolałbyś zjeść snickersa czy marsa, a może twixa, by zaliczyć podwójną przerwunię. Tak, jakby cię ominęło kawałek życia, przeszedł gdzieś obok, a ty nawet nie możesz go obejrzeć jako film przeszłości. Kawałek życia, którego nie dane było przeżyć razem ze światem.
Spotkałem ją dzisiaj. Zląkłem się bardzo, ale tylko przez chwilę. Nie dałem się zwieść jej czasom, wymiarom i próbom przekupstwa. Ja, potomek tego o tym samym imieniu, który przegrał cały swój majątek w karty. Rycerz śmiały herbu lenia totalnego namolnego. Pokonałem ją. Nie zwabiła mnie. Przeżyłem. Własnymi, gołymi rękami dałem jej w dziób i uszłem cało. Przez chwilę jakąś błąkałem się w jej otchłaniach ciemności, by nagle olśnić mnie coś musiało światłem jasnym, blondwłosym… ;]

A tak w skrócie… to: wsiadłem do metro – było widno, wysiadłem ze metro – było ciemno.
Dziękuję za uwagę.

fou