Przeglądasz archiwum bloga wariatkowo » December, 2006.

… the truth

is out there…

choruje

Wydaje mi się, że choruję.

1) Na “bezsenność nocną” – o której bym się nie położył, a ostatnio kładę się nie wcześniej niż 3-4, przez dłuższą chwilę nie mogę zasnąć. Czasami trwa to pół godziny, czasami godzinę. Dziwi mnie to, ponieważ nigdy nie miałem problemów z zasypianiem. A nie jest to typowa bezsenność, bo później się dobudzić nie mogę :D

2) Na mózg – za dużo myślę, a myślenie nigdy nie wychodzi na zdrowie, a mi to już w szczególności. Potwierdzone wieloletnimi badaniami i obserwacjami. Niestety, nie znaleziono dla mnie żadnego leku.

3) Na serce – albo mnie straszą, albo próbują innych magicznych sztuczek, żeby mi stanęło… (serce, nie coś innego – takie małe sprostowanie, dla takiej jednej, co to by pewnie od razu o czymś innym pomyślała:D)

pętla

pojawia się znikąd, pomocna dłoń -
po cichu zaplata swe palce
wokół mojej szyi
bym nie mógł oddychać zbyt głęboko
by krew, nie mogła płynąć zbyt szybko
pomaga przetrwać nieuchronne,
nie zabijając, sprawia, że mniej boli
mniej łez się pojawia… i jest jakby ciszej
co nie znaczy, że nie boli wcale…

“opis” pewnego prezentu

Żeby Ci przypominał o uśmiechu
i kolorach otaczającego świata,
Marzeniach, do których warto dążyć
i dla których warto żyć,
Pragnieniach, które warto spełniać…

By przypominał w trudnych chwilach,
że warto się podnieść, wstać,
walczyć o to, by było lepiej…
bo zawsze może być lepiej…

By przypominał, że był ktoś taki,
kto o Tobie ciepło myślał
i dla kogo Twój uśmiech…
był tym najpiękniejszym i najmilszym…

Przyszłość zaczyna się właśnie teraz…

“Nie mógł zmienić przeszłości…”

ale przyszłość może być inna…
i musi się gdzieś zaczynać.

notka przedświąteczna

No i zaczęło się… Gonitwa za prezentami, promocjami, gratisami i hostessami ;) Sklepy przeżywają oblężenie tak zwanego bydła pospolitego, choć muszę przyznać z nieukrywaną radością, że w sklepach, w których szukałem prezentów na szczęście nie spotkałem grzybusów pospolitusów… ich szczęście – znowu by było narzekanie, jaka to młodzież niegrzeczna, źle wychowana, wulgarna i chamska…

Klimat świąt. Co to takiego? Czy z wiekiem ucieka? A jeśli tak, to czy na zawsze? Czy jest jakaś szansa na powrót tego uczucia, kiedy się było młodym chłopcem? * Pewnie nie, bo jest to związane z osobami, których po prostu nie ma. Coraz mniej ludzi spotyka się przy wigilijnym stole, coraz więcej pustych miejsc i ciepłych wspomnień… I wszystko jakby uboższe, mniej magiczne i kolorowe. Wiara w magię uciekła gdzieś po drodze. Nie umiałem jej zachować. Może jednak znajdzie się ktoś, kto sprawi, że znowu uwierzę…
Gdzie się podział ten klimat kilku przedświątecznych dni? Taki domowy klimat porządków, przygotowań, oczekiwania. Przecież było tak rodzinnie… A jest tak obco… To samo miejsce, zupełnie inaczej…

Samotnie… Trochę smutno. Zagubieni pośród innych w wielkim świecie obojętności, bierności, tłumionych marzeń i pragnień. I pewnie tylko na chwilę w święta, obudzimy się, by zaraz zasnąć, na następny rok swojego życia…

* tak.. niestety nie jestem już młodym chłopcem, choć czasami ciężko w to uwierzyć – i mi – i innym ;)

samotnie mi…

… tak jakoś trochę bardziej niż zwykle …

zadowolony…

Jestem z siebie zadowolony, dokładnie z postępów w tym, czym się bawię ostatnio i z tego, jakie to możliwości mi stwarza późniejszego łatwego wykorzystywania owego narzędzia. Podobno coś takiego się nazywa datagrid, ale jest naprawdę fajne bez względu na nazwę :P

To ja idę dalej kombinować i kodzić…

Jeszcze tylko… i byłbym chyba szczęśliwym menem:)

babel

często pomimo tego, że ludzie mówią tym samym językiem, nie potrafią ze sobą rozmawiać. nie rozumieją się wzajemnie. brak umiejętnego słuchania i wyrażania tego, o czym się myśli i co czuję… sam niestety spotkałem się z tym nie raz. kiedyś w ogóle nie umiałem rozmawiać, nie twierdzę, że teraz umiem, ale się staram… bo wydaje mi się, że zawsze lepiej jest coś powiedzieć i zrobić niż milczeć, a potem zastanawiać się co by było gdyby… niestety nie zawsze mam odwagę powiedzieć to, co bym chciał. a czasami po prostu nie mam takiej możliwości, bo ktoś nie chce słuchać. i tak powstają różne niejasności, niedomówienia, nieporozumienia i inne konflikty, których nie powinno być. gdyby wszystko można było sobie powiedzieć, byłoby tak, albo inaczej, ale obie strony wiedziałaby “na czym stoją” i nie byłoby miejsca na przypuszczenia i wątpliwości. poza tym często nieumiejętność porozumienia się wynika z czystego egoizmu. czasami boimy się usłyszeć co ta druga osoba ma do powiedzenia.. bo może coś mogłoby się skomplikować.. ale dlaczego? czy rozmowa nie powinna prowadzić do rozwiązywania problemów, a nie ich stwarzania? o ile w ogóle się rozmawia… czasami wygodniej jest udawać, że wszystko jest w porządku i nie ma o czym mówić. wiem, bo sam tak robiłem. i przez to sporo zniszczyłem. bardzo bym chciał, żeby ta, pewnego rodzaju nauczka, dała mi do myślenia i sprawiła, że w przyszłości nie popełnię znowu tego błędu. staram się tak nie robić… i mówić. nie zawsze z dobrym skutkiem. nie zawsze mówię w sposób, jaki bym chciał. ale próbuję. bo myślę, że warto. właściwie, możliwość i chęć podzielenia się z kimś swoimi myślami i uczuciami jest jedną z ważniejszych rzeczy w przyjaźni dwojga ludzi… czasem wszystko wygląda tak, jakbyśmy nie umieli lub nie chcieli słuchać, ani mówić. chociaż można słuchać, ale nie słyszeć i mówić, ale nie przekazywać żadnych informacji… tylko po co… tak sobie myślę… dlaczego tak często dusimy w sobie coś dla nas bardzo ważnego. słowa. uczucia. gesty. po to, żeby kogoś nie zranić? po to, żeby zabić to coś, bo uważamy, że jest niewłaściwe, że nie powinniśmy tak w ogóle myśleć? a może z czystego lenistwa? lub braku odwagi? tylko przed czym się boimy… ja sam patrząc w przeszłość, nie potrafię odpowiedź na żadne z tych pytań. wiem, że nie miałem odwagi… ale nie wiem dlaczego. i czego się bałem. tego, że coś może się skończyć?… i tak się skończyło… a niewypowiedziane słowa zostały niewypowiedzianymi słowami….. jakiś czas temu chciałem coś wyjaśnić. powiedzieć o tym, co myślę i czuję… oczywiście nie udało mi się tak, jak to sobie wcześniej planowałem. słowa pochowały się w najodleglejsze zakamarki umysłu i nie potrafiłem ich stamtąd wyciągnąć. ale mimo wszystko trochę udało mi się przekazać i się z tego cieszę…. tylko szkoda, że ta osoba nie podzielała chęci do wyjaśnień… trzeba rozmawiać, póki można. i zawsze mówić to, o czym się myśli, a nie zastanawiać się nad reakcją drugiej osoby… czasami możemy sporo stracić, ale może dzięki temu możemy dużo więcej zyskać… a może dzięki jednej rozmowie odmieni się całe nasze życie?

wszystko zmienia barwy…

wszystko się zmienia. nic nie stoi w miejscu. nawet ja nie stoję biernie, choć czasami odnoszę takie wrażenie. zmienia się świat, który bywa przepełniony kolorami i radosny, by za chwilę stać się szary, zimny i ponury… i my się zmieniliśmy…

znałem Twój uśmiech,
wiedziałem co oznacza i co chcesz nim powiedzieć
znałem smak Twoich łez,
spływających po policzku w smutnych chwilach
wiedziałem, kiedy mam coś powiedzieć,
a kiedy lepiej, abym milczał
znałem Twoje oczy, widziałem w nich
radość i smutek, pożądanie i ukojenie
uczyłaś mnie swojego ciała,
a ja je pilnie studiowałem
wiedziałem, kiedy chcesz,
abym był blisko, a kiedy jeszcze bliżej…

a teraz nie zostało już nic,
nic o Tobie nie wiem, a Ty o mnie,
nie ma już nas i nigdy nie będzie…
zmieniły się barwy naszego życia.

Ot, takie coś głupiego mi wyszło.
Temat notki zapożyczony od opisu pewnej osoby, która mam nadzieję, nie obrazi się z tego powodu:) Jeśli tak, to proszę o informację, a zmienię.

świątecznie…

jeden wieczór, jeden dzień, bardziej rodzinny niż zwykle. ale wszystko znowu wraca do normy. do tego zwyczajnego, niedomowego klimatu tego miejsca, które jest miejscem tymczasowego więzienia. święto się skończyły, czas żyć dalej…





wariatkowo || RSS 2 || Komentarze RSS 2 || RSS 0.92 || Atom
Zawartość bloga objęta jest licencją Creative Commons 2.5.