Spełnia się właśnie jedno z moich małych marzeń – siedzę sobie w łóżku przed snem i piszę to, co mi się kłębi w głowie. Właściwie pewnie niewiele z tego kłębienia się mi wyjdzie, no, ale to jeszcze się przekonamy…

Będąc dzisiaj w pracy, a dokładniej w kuchni na herbacie, gdzie toczą się najciekawsze rozmowy, podczas których można się dowiedzieć wiele rzeczy, szef mojego szefa poruszył ciekawy temat – pracy w korporacji i życia w Warszawie. Praca dla bardzo dużej firmy na pewno ma swoje plusy – duże możliwości kariery, rozwoju (przynajmniej w większości), często niezłe zarobki, ale coraz większa liczba osób zaczyna dostrzegać minusy: ciągłe życie w biegu, brak czasu dla Ciebie i swoich bliskich: rodziny, przyjaciół. Życie zaczyna przeciekać przez palce jak woda… W pewnej chwili woda może się skończyć… Bo właściwie za czym tak wszyscy się ludzie spieszą? Co może przynieść pozytywnego taki pośpiech?

Wystarczy pojechać do małego miasta lub na wieś, by zobaczyć, że życie nie zawsze musi aż tak pędzić. Że można też powoli, a czasu na nic nie brakuje. Pamiętam, że kiedyś jak byłem mały i wyjeżdżałem na wakacje do babci – dzień miał tyle samo godzin, a jednak mijał jakby wolniej – tak, jakbym więcej chwil rejestrował w swoim umyśle…

Ten pęd widać podobno również na drogach – zwłaszcza tych prowadzących do Warszawy z większą ilością pojazdów ze stolicy, gdzie właśnie najbardziej spieszy się Warszawiakom. To oni głównie wymijają na trzeciego, jadą na zderzaku – tylko gdzie się tak spieszą? I tak przecież dojadą…

Może powinienem dodać kolejne postanowienie noworoczne oprócz “Nie odkładać niczego na później” ? (którego niestety nie zawsze udaje mi się przestrzegać, ale naprawdę się staram ;))  -  “Nie spieszyć się – zwłaszcza, gdy nie jest to konieczne”. A może rację ma prof. Bartoszewski, mówiąc, że życie jest za krótkie, żeby wolno chodzić? :) A może jak we wszystkim, trzeba znaleźć jakiś złoty środek…